Drukuj

Ararat-Van-Turcja

Ararat – Van – Turcja
28.08. - 7.09.2013r.
Pomimo sporych problemów ze zdrowiem w połowie czerwca, kiedy na dzień przed wylotem musiałem wycofać się z wyprawy na Ararat, postanowiłem nie poddawać się. Bardzo pomogli mi najbliżsi, syn, córka i wnuki wspierając psychicznie. Wiadomo, że wszystko rozgrywa się w głowie. Artek widząc mojeHenryk dylematy szperał po Internecie i w efekcie tego znalazł jak się później okazało bardzo sympatyczny kurdyjski zespół kierowany przez Asię Saltik. W skład tego zespołu organizującego wyprawę na Ararat i nie tylko wchodzą Musa mąż Asi, Kubi, Nuri, Ali, Yakub oraz głowa rodziny Ahmed. Ararat (5137 m.) to najwyższy szczyt Turcji, jest drzemiącym wulkanem.
Zadzwoniłem do Asi by za pomocą internetu podała szczegóły wyprawy. Okazało się, że każdy uczestnik wyprawy bilet na samolot kupuje sam. Poprosiłem o to Asię. Kupiła mi bilet do Van z Berlina przez Stambuł (1748 zł). Przysłała mi na pocztę syna jego wydruk. Z Berlina leciał także Czech Jan, kolejny uczestnik wyprawy. Na lotnisko pojechałem z Artkiem w towarzystwie wnuka Dobromira. Tam spotkałem Jana. Lecieliśmy turecką linią Pegasus Airlines. W Van byliśmy 29.08 o godz. 1400 (1 godz. różnicy czasowej). Czekał tam na nas taksówkarz trzymając w ręku napis ARARATTREK. Zawiózł nas do Doğubayazıt, skąd miała wyruszyć wyprawa. Tutaj zapoznaliśmy się z pozostałymi uczestnikami wyprawy liczącej 12 osób, a także z trójką przedstawicieli Rodu Saltików, tj. Musą (przewodnik górski), Nurim i Kubim (kierowca).

Po nocy spędzonej w Hotelu Ertur 30.08 (piątek) wyruszamy do obozu I. Startujemy z wysokości 2100 m., gdzie dowozi nas busem Nuri. Tutaj nasze bagaże pakowane są na konie, a my z małym plecakiem i prowiantem zaczynamy trekking na wysokość 3200 m. Zajmuje to nam 5 godzin. Na wysokości 3000 m. zaskakuje nas deszcz z gradem. Robi się zimno. Dobrze, że do obozu jest niedaleko. W namiocie jadalnym Musa przygotował gorącą herbatę, a także owoce, orzechy itp. Robi się miła i ciepła atmosfera. Wieczorem mamy wspólną kolację przygotowaną przez Musę i jego kuzyna. Była to typowa kurdyjska kolacja. Poznaliśmy się bliżej. Atmosfera jest bardzo miła. Po wielu latach spędzonych w górach z doświadczenia wiem, że tam wysoko są zawsze bardzo fajni ludzie. Cieszą się życiem. Problemy zostają dużo niżej. Zaprzyjaźniłem się z Czechem Janem, Magdą, Marzeną i pozostałymi. Jednak nasza czwórka pozostała razem, aż do samego końca, czyli do Stambułu. 31.09 (sobota) w ramach aklimatyzacji idziemy do obozu II na wysokość 4200 m. Przy wchodzeniu na tą wysokość nie miałem najmniejszych problemów. Mam pełną świadomość, że nie ma nic za darmo. Byłem do tej wyprawy doskonale przygotowany. Rowerem do momentu wyjazdu na wyprawę przejechałem dystans 8600 km (średnio dziennie ponad 81 km) oraz w 70-ciu marszach 900 km. Dlatego, ze wszystkich sił chciałem wejść na tę górę w tym roku. Wiadomo, że za rok będę miał ponad 74 lat. Po około 2 godz. schodzimy do obozu I

1.09 (niedziela) rankiem ponownie idziemy do obozu II, ale tym razem noc spędzimy tam. Po drodze spotykamy Amerykanina, który wraz z synem od 3 lat poszukuje Arki Noego. Znał się z Musą. Chwilę z nim porozmawialiśmy. Ma dzisiaj 57 lat. Do dwójki dochodzimy szybciej niż dnia poprzedniego. Wieczorem jak zwykle mamy wspólną kolację o godz. 1800 . Po niej kładziemy się spać, ponieważ pobudka jest o godz. 100 a wymarsz o 200 po śniadaniu.

2.09 (poniedziałek) podejmujemy atak szczytowy. Warunki nie najlepsze. Wieje bardzo silny wiatr i jest zimno. Na wysokości 4800 m. zalega wieczny śnieg, co powoduje, że zakładamy raki. Ręce marzną i trudno je założyć. Po pewnym czasie okazuje się, że trzymają się butów słabo. Co chwilę muszę je poprawiać. Wiatr hula, ręce marzną, a do szczytu jeszcze kawał drogi. W końcu po 4 godz. i 55 minutach o godz. 655 staję na nim. 5137 m. Z grupy jestem najstarszym (73,5 lat) podobnie jak na Jebel Toubkal (4167 m.) w Afryce Północnej (2012r.). Ciekawostką tego wydarzenia jest fakt, o którym przypomniała mi moja córka Tamara. Stało się to w dniu urodzin mojej nie żyjącej żony. Pewnie tam z góry wspierała mnie i ochraniała. Podobnie mój pierwszy czterotysięcznik (Mont Blanc – 4810 m.) zdobyłem w dniu urodzin mojej córki i swoich imienin 15.07.1993r. Czy to jest przypadek? Zejście ze szczytu nie sprawia specjalnych trudności, prócz tych fatalnych raków. Widzi te moje zmagania z nimi Musa i kiedy stromizna maleje pomaga mi je odpiąć. Pyta czy je wyrzucić, mówię tak. Raki zostają 100m. pod szczytem. Pewnie ktoś je wziął. Na szczycie byliśmy w komplecie. Po 3 godz. odpoczynku w obozie II zwijamy namioty i schodzimy do jedynki. Uczciliśmy nasz sukces wspólną kolacją. Dziewczyny w zanadrzu miały „krople” wzmacniające.

3.09 (wtorek) schodzimy do busa, czekającego na wysokości 2100 m. Zjeżdżamy do Doğubayazıt. Po trudach pięciodniowej wspinaczki idziemy do tureckiej łaźni, gdzie się myjemy i poddajemy masażom. Po raz ostatni cała nasza „12” idzie do restauracji na wspólną kolację w której każdy z nas otrzymuje certyfikat zdobycia Araratu. Noc spędzamy w hotelu.

4.09 (środa) w Doğubayazıt pozostaje tylko Magda, Marzena, Jan i ja. Pozostali rozjeżdżają się w różne strony Turcji. My zwiedzamy okolice Doğubayazıt. Kierowcą jest Nuri. Jedziemy z nim do zamku Ishak Pasha Sarayia, Parku Arki Noego, Krateru po meteorycie i na granicę z Iranem. Zamek, a właściwie Pałac Ishak Pasha rozpoczęto budować w 1685r. a ukończono w 1784r. Był to ostatni duży monumentalny pałac w Imperium Osmańskim. Został zbudowany, gdy zamki przestały być specjalnie obronne. Jest rzadkim przykładem historycznym pałaców tureckich. Został przedstawiony na rewersie 100 nowych lir tureckich. Po zwiedzaniu pałacu jedziemy do Parku Arki Noego. Narodowy Park Arki Noego został utworzony w miejscu, w którym są domniemywane ślady, a nawet szczątki Arki Noego. Jest tam małe muzeum. Miejsce to zostało odkryte w 1985 roku. Następnie zwiedzamy krater po meteorycie. Jest drugim co do wielkości kraterem po meteorycie na świecie. Umiejscowiony jest pomiędzy Doğubayazıt a granicą z Iranem. Powstał w 1892 roku poprzez spadający meteoryt. Ma 60m. głębokości i 35m. średnicy.

5.09 (czwartek) po kolejnym noclegu w hotelu jedziemy do Van. Po drodze zwiedzamy Wodospady Muradiye, a tuż przed Van małe zoo z kotami mającymi dwoje oczu o różnych kolorach, a także posiadające zdolności pływania. W końcu dojeżdżamy do jeziora Van leżącego na Wyżynie Armeńskiej. Jest ono największym sodowym jeziorem na świecie, silnie zasadowym. Powierzchnia wynosi 3755 km2, poziom lustra wody 1719 m. nad poziomem morza, długość 119 km, średnia głębokość 171 m, długość brzegu 430 km. Odpływ został zablokowany przez wulkan Nemrut. Na jeziorze znajdują się wyspy: Gadir, Carpanak, Ahtamar, Atrek. Płyniemy stateczkiem na wyspę Ahtamar. Znajduje się na niej ormiański kościół pw. Świętego Krzyża z X wieku, z zabytkowymi freskami. Kościół stał się celem pielgrzymek Ormian z całego świata. Freski są w złym stanie, ale lepiej prezentują się płaskorzeźby na murach zewnętrznych.
Marzena i Jan kąpią się w jeziorze i potwierdzają, że woda jest słona. Po dwóch godzinach spędzonych na wyspie wracamy na ląd. Jedziemy teraz do Cytadeli zwanej Van Kalesi. Jest to ogromna fortyfikacja kamienna zbudowana w królestwie Urartian. Takie twierdze były wykorzystywane do regionalnej kontroli, a nie do obrony przed obcymi wojskami. Po dniu pełnych wrażeń jedziemy do hotelu, w którym spędzimy ostatnią noc na ziemi tureckiej. Wieczorem Kubi prowadzi do nas do restauracji w centrum Van. Po niej wracamy do hotelu, ale po drodze zaglądamy jeszcze do sklepików z pamiątkami. Dziewczyny, Jan i ja, kupujemy szaliki z flagą kurdyjską. Zakładamy je na szyję. Bardzo się to podoba mieszkańcom Van, którzy zapraszają nas do stolików kawiarnianych znajdujących się na ulicy. Siadamy i pijemy herbatę. Ciekawostką jest, że tutaj piją tylko herbatę i to sami mężczyźni. Nie widać kobiet. W końcu dochodzimy do hotelu, w którym w naszym pokoju (Jan i ja) robimy pożegnalną imprezę. Dziewczyny, Jan i ja pojemy wino. Po pewnym czasie przychodzi Kubi z winem i ciasteczkami. Siada z nami, ale wina nie pije, ponieważ rano zawozi nas na lotnisko i wraca do Doğubayazıt. Chyba nas polubił. Po przespanej nocy jedziemy na lotnisko Van i dalej do Stambułu. W Stambule żegnamy się z dziewczynami i teraz czekamy na samolot do Berlina. W międzyczasie odwiedzamy pobliskie miasteczko z restauracją i kawiarenkami. Spędzamy tutaj ostatnie godz. W Berlinie jesteśmy o godz. 105. Żegnam się z Janem a witam z Artkiem i Michałem, którzy mnie zabierają do domu. Tak kończy się kolejna moja przygoda z Górami Świata.
Chciałbym na zakończenie podziękować Asi Saltik, Musie, Kubiemu i pozostałym członkom teamu „ARARATTREK” za doskonale zorganizowaną imprezę i podkreślić, że dzięki mądrości przewodnika górskiego, cały nasz zespół uczestników stanął na szczycie. Szczególne słowa podziękowania kieruję do Asi, która od momentu poznania do samego odlotu bardzo mi pomogła.
Asiu dzięki tobie byłem na szczycie.


Wspomnienia z wyprawy spisał uczestnik
Henryk Cirocki Trzebiatów

Trzebiatów, 20.09. 2013r.

ARARATTREK.PL Joanna Saltik - Telefon: (+48) 504-004-603 - e-mail: ararat.pl@gmail.com

Strona www.ararattrek.pl jest własnością firmy Ararattrek.pl Joanna Saltik.
Ściąganie zdjęć i kopiowanie tekstów tylko za pozwoleniem.
Wszystkie zdjęcia są własnością firmy i tylko my mamy prawo do ich rozpowszechniania.
Seo by ComWeb